koncentrator kultury wyciskamy 100% kultury z kultury - wyciskaj z nami!

Na naszych stronach internetowych stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień przeglądarki
wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies zgodnie z  Polityką Prywatności.

» ROZUMIEM I AKCEPTUJĘ
Pierwsza symfoniczna trasa Narodowej Orkiestry Dętej - ŁódzkieCO JEST GRANE - Wrzesień 2021 - nr 329
zmodyfikowano  9 lat temu  »  

Paralaksa czasu

Łódź »
CO było GRANE - ARCHIWALNE TERMINY » » 17 254 wyświetleń od 2 lutego 2007
  • od: 10 lutego 2007, sobota
    do: 9 marca 2007, piątek

Zbigniewa Tomaszczuka

Wernisaż: 09.02.2007, w godz. 18-20

Zbigniew Tomaszczuk

Urodzony w 1949 roku. Artysta fotografik (członek Związku Polskich Artystów Fotografików). Ukończył Wyższe Studium Fotografii w Warszawie i Wydział Komunikacji Multimedialnej na ASP w Poznaniu, gdzie uzyskał również tytuł doktora w zakresie sztuki (fotografii).

Zajmuje się historią, teorią i estetyką fotografii. Autor książek: „Łowcy obrazów. Szkice z historii fotografii”(1998), „Świadomość kadru. Szkice z estetyki fotografii” (2002), „Odwzajemnione spojrzenie. O fotografii otworkowej” (2004). Wykładowca fotografii w Akademii Fotografii w Warszawie i Warszawskiej Szkole Reklamy.

Autor wielu wystaw w kraju i za granicą. W latach 2000-2003 redaktor naczelny „Kwartalnika Fotografia”. Od 2006 roku redaktor naczelny naukowo- artystycznego pisma o fotografii Camer@obscura.

Autor wielu wystaw indywidualnych i uczestnik zbiorowych. Prace w zbiorach: Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Historii Fotografii w Krakowie, Muzeum Narodowym we Wrocławiu, Małej Galerii ZPAF/CSW w Warszawie, Fundacji Turleja w Krakowie, Książnicy Pomorskiej w Szczecinie, Musee de l’Elisee w Lozannie.

Zbigniew Tomaszczuk w serii nowych prac analizuje wymyślone przez siebie zjawisko paralaksy czasu. Wykonuje serię fotografii tej samej przestrzeni w różnych interwałach czasowych, wykorzystując technikę cyfrową. Następnie używając charakterystycznego dla tego zapisu sposobu rejestracji trzech barwnych wyciągów, autor składa w przestrzeni jednego obrazu, trzy różne kanały barwne z trzech obrazów wykonanych w różnym czasie, tworząc specyficzną i unikalną syntezę czasu.

Prace te wpisują się w próbę wizualizacji czasu i ruchu, a także w serie prac, które pokazują różnice pomiędzy naszym widzeniem a widzeniem aparatu.

Historycznie rzecz ujmując odnoszą się do prób wizualizacji czasu i ruchu. Począwszy od eksperymentów E. Muybridge’a z rejestracją faz biegu konia, poprzez autorską koncepcję futuryzmu G. Bragaglii z jego fotodynamizmem, aż po współczesne prace K. Pruszkowskiego (fotosynteza) czy S. Wojneckiego.

Elżbieta Łubowicz

PORTRET CZASU
JEST OBRAZEM ABSTRAKCYJNYM

Wzajemne relacje między sztuką a techniką mają swoją zagmatwaną historię: są całe okresy, kiedy te dwie sfery blisko się ze sobą wiążą i takie, w których panuje powszechne przekonanie, że nie ma nic bardziej odległego i obcego. Szczególnie czas „pierwszej awangardy” lat dwudziestych minionego stulecia sprzyjał poszukiwaniom nowych możliwości sztuki poprzez jej związek z techniką; mechaniczny rodowód fotografii stał się wówczas impulsem do intensywnego wykorzystywania jej przez artystów z intencją odnowienia języka sztuki. Co ciekawe, zainteresowanie techniką w kontekście sztuki może mieć u swoich podstaw dwie całkiem odmienne interpretacje. Jedna z nich, konstruktywistyczna z ducha, eksponuje obiektywny i racjonalny charakter techniki; druga, futurystyczna i dadaistyczna, widzi technikę oraz jej produkt – maszynę – jako obszar oraz efekt „nowoczesnej magii”, odrębny świat pełen poetyckich tajemnic.

Przez około trzydzieści lat, w czasie których Zbigniew Tomaszczuk zajmuje się fotografią, problemy techniczne związane z tym medium często okazywały się dla niego źródłem inspiracji. I to zarówno w jego pracy w roli dydaktyka-teoretyka, redaktora czasopism fotograficznych, jak i we własnych działaniach artystycznych. Na przykład w serii z 1996 roku Pinhole-TV-Polaroid zastosował żart-mistyfikację, sugerując widzowi, że w przyszłości będzie możliwe skonstruowanie urządzenia, które obraz telewizyjny rejestrowany przez długi czas (do kilkudziesięciu minut) na otworkowych polaroidowych fotografiach odtworzy w jego pierwotnej postaci – ruchomego filmu. Marzenie o tym, że można odzyskać utracony czas… Że on tkwi, sprasowany warstwa po warstwie, w światłoczułej emulsji fotograficznej…

W najnowszej serii Paralaksa czasu Zbigniew Tomaszczuk inspiruje się technologią powstawania barwnego obrazu fotograficznego. I podobnie jak w tamtej pracy, zagadnienie techniczne, przedstawione w całej swojej racjonalności i praktycznej dosłowności, zyskuje nowe znaczenie, które wcale nie jest już takie oczywiste i zwyczajne. Sens tych fotografii wydarza się gdzieś „pomiędzy”: pomiędzy obiektywną rzeczywistością, a subiektywną jej interpretacją, wyrażoną przy pomocy fotograficznego obrazu.

Na zdjęciach są przedstawione widoki ulic i placów miasta – widoki zwyczajne, jakby zarejestrowane przez amatora-turystę. Nic szczególnego – z wyjątkiem obecnych na nich ludzkich postaci, które rozmywają się w barwne sylwetki: czerwone, zielone i żółte. Każdy kadr zawiera bowiem w sobie trzy obrazy tego samego widoku, wykonane w kolejnych ekspozycjach w krótkich odstępach czasu; przy każdej z nich autor użył innego barwnego filtru, eliminując część barwnej triady składającej się na pełny kolor fotografii. To, co nieruchome w rzeczywistości – budynki, drzewa, trotuary, reklamowe plakaty i billboardy, niebo – wygląda tak, jak powinno wyglądać na kolorowej fotografii. Tylko poruszający się ludzie są w dwóch albo trzech miejscach jednocześnie, zamieniając się zarazem w swoje własne, jak namalowane kolorowym tuszem przez artystę, płaskie, widmowe cienie. Sfotografowane ludzkie sylwetki przekształcają się w abstrakcyjne malarstwo, na oczach widza tracąc przypisane do fotografii cechy realistycznego, dokumentalnego odbicia. Paradoksalnie, bardziej realne wydają się nieporuszone i wyraziste, dominujące swoją wielkością nad drobnymi ludzkimi sylwetkami twarze z reklamowych billboardów…

Dzięki nieskomplikowanej technicznej interwencji w proces wykonywania obrazu autor rozwarstwił czas zawarty w potrójnym kadrze. Poprzez swoiste „przesunięcie czasowe”, analogicznie do paralaksy przestrzennej zachodzącej w obiektywie aparatu, pokazał, że w nieruchomym obrazie można dokonać czegoś z pozoru niemożliwego: przedstawić bezpośrednio upływ czasu. Jednak ceną tego odwzorowania staje się odrealnienie widoku, przemiana go w abstrakcję. W Paralaksie czasu właściwości fotografii, wynikające z jej fizycznych i chemicznych zasad, pod swoją racjonalną strukturą zaczynają ujawniać dziwną głębię, która nie daje się objąć umysłem. Rozkładając wizerunek poruszającego się przechodnia na jego odrębne czasowe fazy, unaoczniają filozoficzny paradoks nakładania się na siebie egzystencji i esencji. Mimo precyzyjnych naukowych teorii opisujących świat wciąż nie jesteśmy w stanie pojąć, jak to się dzieje, że pośród nieustannych zmian zachodzących w naszym organizmie wraz z upływem czasu, zachowujemy ciągłość poczucia własnego „ja”, a jednocześnie – nie możemy powrócić do takiego stanu własnej osoby, jaki istniał choćby tylko przed jedną sekundą.

Zbigniew Tomaszczuk swoją najnowszą serią fotografii wprowadza widzów na wąską krawędź poznania, która dzieli to, co znane i oczywiste, od tego co niezbadane i tajemnicze, przyprawiające swoją przepastnością o zawrót głowy. Pokazuje jednocześnie dwie strony fotografii: materialną i możliwą do technicznego manipulowania przez człowieka oraz mentalną, zawartą w naszej wyobraźni i interpretacji. Obiektywną i subiektywną, istniejące nieodłącznie w obrazie, który powinien przecież przylegać do rzeczywistości i nie budzić niepokoju – a jednak czasem „odkleja” się od niej, i kiedy widzimy w trakcie działania proces przemiany konkretnych rzeczy (a tym bardziej – ludzi!) w ich abstrakcyjne obrazy, trudno nie poczuć się mocno nieswojo…

W postawie autora tych zdjęć jest zarazem i wiedza, że za pomocą techniki możemy panować nad materialnym światem, i przekonanie, że pod tym wszystkim kryje się coś jeszcze, co na pewno daleko poza tę dostępną nam sferę wykracza. Z jego prac można odczytać inny sens niż ten zawarty w dziełach konstruktywistów i mówiący o poznawalności całego rzeczywistego świata; nie jest to także nieco naiwny świat futurystów i dadaistów, którzy odkrywali zaskakującą magię w przedmiotach stworzonych przez człowieka. Ta postkonstruktywistyczna już i postdadaistyczna współczesna świadomość ogarnia rzeczy, widząc je w ich podwójnej naturze: w jednej części poznawalnej i dającej się praktycznie wykorzystać, w drugiej – tajemniczej, wymykającej się naszemu umysłowi.

Powstałe z potrójnej ekspozycji kadry Zbigniewa Tomaszczuka są czymś w rodzaju pre-filmu, w którym kolejne klatki, zamiast być ułożone w sekwencji jedna po drugiej, skleiły się razem w jeden nieruchomy obraz. Ruch nagle zatrzymany staje się swoim przeciwieństwem, ujawniając dziwną absurdalność pozycji tak ukazanego obiektu. Z podobną intencją fotografował rodzinę i przyjaciół w trakcie skoków, upadków czy wyścigów Jacques-Henri Lartigue, odczuwający niezwykle intensywnie przepaść, jaka otwiera się pomiędzy rzeczywistością, a jej fotograficznym obrazem. Od tamtej pory minęło sto lat coraz powszechniejszego użycia tego medium i odbiorcy, a także sami twórcy fotografii, znieczulili się już na zdumiewające właściwości tego rodzaju obrazu, które tworzyły „magię” fotografii przez pierwsze kilkadziesiąt lat jej istnienia. W Paralaksie czasu ta „dziwność istnienia” fotograficznego obrazu i zarazem odwzorowywanej przezeń rzeczywistości została odkryta ponownie – poprzez prosty techniczny zabieg, który niespodziewanie rozbił oczywistość i banalność zwykłej barwnej fotografii.

Fascynacja tematem samego obrazu nie po raz pierwszy pojawia się w twórczości Tomaszczuka. Obraz zastępujący rzeczywistość pojawił się na wystawie Obrazy, które pamiętam z przeszłości (1999), gdzie punktem wyjścia był performance z użyciem obrazu telewizyjnego. Wcześniej w wielu pracach tego autora ich sens opierał się na zaskakującej różnicy między obrazem, a bezpośrednim widokiem postrzeganej rzeczywistości: jedną z nich był tryptyk Odbicie (1988) – piękna refleksja nad naturą fotografii – w którym dwoje dzieci przygląda się swojemu odbiciu w wodzie, potem dzieci odchodzą, a odbicie zostaje. W tej sekwencji został również wykorzystany prosty zabieg techniczny przy wykonywaniu odbitki –fotomontaż. W cyklach Znalezione malarstwo (2000) i Miejsca szczególne Tomaszczuk tropił na ulicach miast powstałe przypadkowo sytuacje, które przy odpowiednim sfotografowaniu mogły wyglądać na dzieła malarstwa abstrakcyjnego. Włączał się tym samym w teoretyczne rozważania nad statusem dzieła sztuki (na przykładzie malarskiego obrazu i jego funkcjonowania w obiegu artystycznym w postaci reprodukcji) w sztuce współczesnej. Seria Sweet Polska (2001-2002) w centrum uwagi umieściła z kolei funkcjonowanie obrazów reklamowych w przestrzeni miejskiej, w której za ich sprawą dochodzi do dziwnego przemieszania realności z fikcją.

W fotografiach z Paralaksy czasu spotkały się ze sobą aż trzy istotne dla twórczości Tomaszczuka tematy: czas, obraz i miasto. Miasto to dla niego przede wszystkim miejsce, gdzie naturalnym środowiskiem człowieka stają się wytworzone przez niego obiekty cywilizacji; obrazy – to najbardziej intrygujące z tych wytworów, zmieniające charakter otaczającej rzeczywistości; czas – najbardziej tajemnicza właściwość tej rzeczywistości – pozwala się uchwycić tylko wówczas, kiedy „widzimy” go przez jego dojmujący brak w unieruchomionym fotograficznym obrazie. Próbując „złapać” czas, sportretować go, a więc wy-obrazić, nieuchronnie musimy zmienić go w abstrakcję – to właśnie zdają się mówić te fotografie. A wraz z nim – zmieniamy w abstrakcję nas samych…

Styczeń 2007

bilety:

wstep wolny

autor:
zmodyfikowano  9 lat temu  »  
przewiń ekran do początku stronyprzewiń ekran do początku strony

Wybierz kasę biletową:

ZAMKNIJ