Zarabiam na życie produkując rzeczy, na które większość ludzi zwraca uwagę dopiero wtedy, gdy maszyna się zepsuje albo Sanepid zacznie węszyć. Chodzi o tabliczki znamionowe i inne metalowe oznaczenia komponentów przemysłowych. Praca jak każda inna, czasem ciekawa, częściej powtarzalna, ale daje stałe finanse na moje prawdziwe i zdecydowanie zbyt kosztowne hobby. Moje wolne środki i czas pochłania zbieranie starych, analogowych aparatów fotograficznych i samodzielne wywoływanie filmów w łazience. Żona twierdzi, że zamieniam dom w laboratorium chemiczne, co w sumie nie jest dalekie od prawdy, patrząc na wszechobecne kuwety i zapach utrwalacza. Przynajmniej dzięki temu mam jakąś odskocznię od fabrycznego klimatu i korporacyjnych procedur, które na co dzień muszę znosić w firmie produkcyjnej.